Czy naprawdę lekarz jest jedynym bohaterem procesu leczenia? Kultura masowa przez lata stworzyła obraz lekarza niemal półboskiego : człowieka, który rozpoznaje, decyduje i leczy. Pacjent zna jego nazwisko, twarz i gabinet. Znacznie rzadziej wie, kto stoi za wynikiem badania, na podstawie którego lekarz podejmuje decyzję. Tymczasem współczesna medycyna nie jest opowieścią o jednym bohaterze. Jest systemem naczyń połączonych, w którym za sukcesem jednej decyzji stoi praca wielu osób. Jednym z jej najbardziej niewidocznych, a jednocześnie fundamentalnych filarów jest diagnostyka laboratoryjna.
Szacuje się, że wyniki badań laboratoryjnych stanowią podstawę około 60–70% decyzji klinicznych, a niektóre źródła wskazują wartości sięgające nawet 70–80%. Trudno więc wyobrazić sobie współczesną diagnostykę i leczenie bez zaplecza laboratoryjnego. Od rozpoznania ostrego zawału mięśnia sercowego, przez ocenę zakażenia i dobór postępowania terapeutycznego, po monitorowanie pacjenta z chorobą nowotworową – wynik laboratoryjny jest często jednym z kluczowych elementów układanki.
A jednak dla pacjenta diagnosta laboratoryjny pozostaje najczęściej człowiekiem bez twarzy. Pacjent widzi lekarza. Widzi pielęgniarkę. Czasami pamięta fizjoterapeutę. Rzadko zastanawia się natomiast nad tym, kto sprawił, że wynik, który właśnie trzyma w ręku, jest wiarygodny. Bo wynik laboratoryjny nie „pojawia się” w systemie.
Za pojedynczą liczbą stoją: prawidłowo pobrany i zidentyfikowany materiał, odpowiednie warunki jego transportu i przechowywania, właściwie przygotowana metoda, kontrola jakości, sprawna i odpowiednio zwalidowana aparatura, wiedza osoby wykonującej badanie oraz coraz częściej umiejętność właściwej interpretacji wyniku w kontekście klinicznym. Jakość procesu laboratoryjnego jest więc znacznie bardziej złożona niż samo uzyskanie wartości na ekranie analizatora. I właśnie tutaj pojawia się problem.
W świadomości społecznej diagnosta laboratoryjny wciąż bywa sprowadzany do roli „osoby, która robi badania” albo jeszcze gorzej „aparatu podającego cyfry”. Tymczasem liczba sama w sobie nie jest jeszcze informacją kliniczną.
Dopiero odpowiednio uzyskany, zweryfikowany i — w odpowiednich sytuacjach — właściwie zinterpretowany wynik staje się użytecznym narzędziem dla lekarza. Jak wskazują Piva i Plebani, odpowiednio przygotowane raporty interpretacyjne mogą zwiększać kliniczną użyteczność wyników laboratoryjnych i ułatwiać ich właściwe wykorzystanie w procesie diagnostycznym. To pokazuje coś bardzo ważnego: diagnostyka laboratoryjna nie jest dodatkiem do medycyny. Jest jej integralną częścią.
Lekarz w Izbie Przyjęć nie ocenia poziomu troponiny „na oko”. Nie rozpoznaje niedokrwistości bez morfologii. Nie dobiera antybiotykoterapii wyłącznie na podstawie intuicji. Nie monitoruje wielu chorób nowotworowych bez wykorzystania odpowiednich parametrów laboratoryjnych.
Za każdym takim wynikiem stoi cały łańcuch ludzi, procedur, technologii i kompetencji. I dlatego czas najwyższy odejść od myślenia o medycynie w kategoriach hierarchii zawodów, w której jedni są „na pierwszym planie”, a inni pozostają niewidocznym zapleczem.
Medycyna XXI wieku jest zespołem.
Lekarz potrzebuje diagnosty. Diagnosta potrzebuje lekarza, który potrafi właściwie wykorzystać wynik. Laboratorium potrzebuje technologii, jakości i odpowiedzialnych procedur. A pacjent potrzebuje tego wszystkiego razem. Bo kiedy patrzymy wyłącznie na osobę, która przekazuje pacjentowi diagnozę, widzimy tylko ostatni fragment procesu.
Prawdziwa medycyna zaczyna się dużo wcześniej. I być może warto wreszcie zobaczyć ludzi, którzy pracują tam, gdzie dla pacjenta wszystko się zaczyna.


